Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciastka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciastka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Kruche rogaliki z budyniem (jak szukać i nie znaleźć?)


Moje roztargnienie zaczęło się w podstawówce. Potrafiłam zostawić plecak w klasie zaaferowana zabawą na szkolnym podwórku i, jak gdyby nigdy nic, pomaszerować do domu. Bez plecaka, oczywiście. Jeżeli nikt nie zauważył, potrafiłam sobie przypomnieć o braku tornistra dopiero wieczorem, kiedy mama męczyła mnie, żebym pokazała zeszyt.
W gimnazjum zostawiałam kosmetyczki i właściwie to był jedyny powód, dzięki któremu nie chodziłam wymalowana (no, chyba, że zgarnęłam kredkę mojej siostry. Wtedy, ku niechęci dyrektorki, przychodziłam do szkoły pomalowana na pandę).
W liceum zgubiłam portfel. Nie miałam o tym pojęcia aż wieczorem, do drzwi zadzwonił postawny facet i oddał mi portfel. Byłam tak zaskoczona, że ledwie powiedziałam dziękuję (zaprosiłabym na kawę, ale byłam zbyt zszokowana. Jeżeli pan to czyta — naprawdę jestem wdzięczna!).
W tamtym tygodniu zgubiłam klucze. Jestem dzieckiem "z kluczem na szyi" i to była jedyna rzecz, której NIGDY nie zgubiłam. Bo zgubienie kluczy równało się z kilkugodzinnym wystawaniem pod klatką.
Postanowiłam ich szukać i dzięki temu przeszłam wszystkie etapy rozpaczania po stracie:

sobota, 1 lutego 2014

Waniliowe ciastka owsiane (rozstanie ze smakiem)


W styczniu rozstałam się... ze swoim smakiem. Wszystko, co włożyłam do ust było dla mnie jak czysta sól. To właśnie było powodem wielkiej przerwy w blogowaniu. Ciężko jest jeść i gotować, kiedy nawet mineralka wydaje się przesolona :)
Przez wiele dni mój jadłospis składał się z kanapek i marsów. Nic, co nadaje się na bloga.
Tydzień temu smak wrócił! A ja nie miałam czasu. Sesja, książki, książki, praktyki, sesja. Z pisania, gotowania albo, nie daj buk, robienia zdjęć nici.
W końcu przyszedł spokojniejszy czas, pewnego dnia wstałam i stwierdziłam, że muszę coś zrobić dla domowników. W końcu dzielnie przeżyli wszystkie moje humory. Rozdałam im właśnie ciastka owsiane, mam wrażenie, że nigdy nie robiłam lepszych.
Oczywiście, nie zebrałam się w sobie na tyle, żeby napisać coś ciekawego (ale szykuję rozważania walentynkowe, więc czuwajcie!). 
W ramach zadośćuczynienia zostawiam dla Was wspaniały przepis i moją uśmiechniętą gębę... :)

piątek, 27 grudnia 2013

Ciatka maślane (czego dowiadujesz się w święta?)


Grudniowe święta nastrajają mnie w szczególny sposób. Nie dość, że zimno, brudno i ponuro, to jeszcze cała ta "magiczna" atmosfera. Trzeba walnąć w łeb karpiowi (albo załatwić go w taki sposób), piec ciasta, polerować sztućce, prasować obrusy, zmieniać firanki, sprzątać pod każdym meblem...
Zaczyna się do dwóch tygodni przed, kiedy trzeba się zaopatrzyć. Najlepiej wyjść na świąteczne zakupy w środku tygodnia, w porze obiadowej. Przystanek: wielki supermarket.
A tam za każdym razem widzę coś, co mnie szczególnie wnerwia. Kradzież, ale nieuświadomiona. Stoją sobie bakalie na wagę, a ludzie podchodzą i próbują. Tu skrobną żurawinę, bo oni nie wiedzą jak to smakuje, tutaj spróbują czy morele nie za kwaśne... Nosz, kuźwa, za takie rzeczy się płaci! Ty zeżresz jednego, sąsiad trzy, a w ciągu dnia zostanie pochłonięty kilogram. To samo jest przy próbowaniu winogron (sic!) latem. Nie żryjcie, bo później ktoś za to płaci. I jestem przekonana, że bulą zwykli pracownicy.

czwartek, 7 listopada 2013

Ciastka czekoladowe (dlaczego nie znoszę Gordona Ramsaya?)



Jakiś czas temu na Joe Monsterze mogliście sobie poczytać inspirujące cytaty Gordona. Zaiste! Są tak inspirujące, że od dreszczu emocji i chamstwa odebrało mi mowę!
Gordon Ramsay wzbudza we mnie dokładnie takie same emocje, co Wojciech Cejrowski. Niby ma coś mądrego do powiedzenia, niby doświadczony i mądry, ale... tak naprawdę to zwykły cham jest.

czwartek, 12 września 2013

Tartaletki bez pieczenia


Byłam niesamowicie zaskoczona tym, że tego deseru nie trzeba w żaden sposób słodzić! Ciastka, które są słodzone, słodka biała czekolada (chociaż, ostatnio zostałam prawie zabita za „białą czekoladę”. TO JEST GÓWNO NIE CZEKOLADA! Zrozumieliście?*) i figi.
A właśnie, figi! Kiedyś wydawały mi się tak ekskluzywne, że bałam się je kupować. Dopiero w tamtym roku, po 20 latach życia zjadłam pierwszą w swoim życiu figę. Po zakup owocu wysłałam Rodzicielkę, która, po przejściu wszystkich marketów i rynków w okolicy, zszokowana zadzwoniła:
— Wieruś, są figi, ale wszystkie przegniłe! Miękkie! Strach kupić! Co się z tymi sprzedawcami wyprawia…
 * Tak powiedziała wielbicielka prawdziwego jedzenia, która dzieci będzie żywiła tylko marchewką i szpinakiem. Nie dyskutujcie, przyjmijcie do wiadomości :)
Przepis na 12 porcji:
250 (1 opakowanie) ricotty
1 tabliczka białej czekolady
3 świeże figi
12 okrągłych ciastek (najlepiej digestive)
Czekoladę rozpuścić na parze, w dość dużej misce. Dodać do niej ser i dokładnie wymieszać drewnianą łyżką.
Na wszystkie ciastka nałożyć krem (można to zrobić szprycą do wyciskania kremu, ale mnie nie chciało się zmywać).
Figi pokroić na ćwiartki, rozłożyć na ciastkach. Włożyć do lodówki, co najmniej na godzinę.

Przepis powstał na potrzeby "wirtualnej kuchni", współgotującymi tym razem zostali: Bartoldzik, Kasia, Mirabelka i Wojciech.
Możecie liczyć na same genialne przepisy.

czwartek, 25 lipca 2013

Mini tort szwarcwaldzki (czarny las)


Można na niego mówić po polsku: tort "czarny las", tort szwarcwaldzki.
Można też po angielsku: Black Forrest Cake,
a w wersji oryginalnej — Schwarzwälder Kirschtorte.
Kiedy byłam mała, w moje urodziny, mama zamawiała taki tort z pobliskiej cukierni. Do tej samej cukierni latem chodziliśmy na jagodzianki, a w zimowe piątki, na bułki maślane. W okresie Bożego Narodzenia gapiliśmy się, z nosami przyklejonymi do szyby, na wystawę — renifery z czekolady, piernikowe domki, choinki.
Pewnego dnia (w lutym dokładnie) cukiernia zbankrutowała, a wraz z jej plajtą, zjadłam ostatni tort szwarcwaldzki w moim życiu. 
Kiedy zobaczyłam, że w ramach wspólnego gotowania będziemy robić "Black Forrest Cake"... wymyśliłam mini torty. A w zasadzie babeczki. Nie są tak oficjalne jak tort i nie zostają w lodówce na kolejny dzień (latem to duży plus).
Szczerze polecam :)
Inne wariacje na temat znajdziecie u MirabelkiSiaśki.

wtorek, 16 lipca 2013

Cupcakes z lemon curd (+ letnie hity osiedlowe)


Po powrocie do domu szybko nadrobiłam zaległości z życia osiedla. Mieszkam w bloku, w dodatku moimi sąsiadami są, w większości, starsi ludzie.
I dlatego wystarczy wyjść przed blok, usiąść na ławce, a ploty, czy tego chcesz czy nie przychodzą.
Szybciej niż choroby.
Hitem tygodnia była wiadomość, że sąsiad był zabrany przez pogotowie i reanimowany. Wszyscy bardzo się przejęli, bo  facet rok temu miał zawał.
Następnego dnia "ciężko chory" jak zawsze kopytkował sobie po osiedlu i nie świadomy niczego, musiał odpowiadać na miliony pytań o stan swojego zdrowia. Po kilku godzinach ktoś ulitował się nad nim i wyjaśnił mu, że powinien leżeć w szpitalu. Co najmniej pod respiratorem, a niektórzy nawet widzieli go w kostnicy.
Zdziwienie sąsiada było wielkie, bo do karetki wszedł o własnych siłach.
Cóż, widocznie w dzisiejszych czasach ratownicy przeprowadzają reanimacje także na stojąco :)
Przez tydzień cały blok oskarżał niepozorną staruszkę o alkoholizm. Podobno kobieta wychodziła na klatkę, zawodziła szanty i czuć było od niej trunki. W rzeczywistości babka śpiewała w łazience. Pod prysznicem...
Wcześniej, małżeństwo młodych rodziców z mojej klatki rozwiodło się.Ponoć afery, wyrzucanie rzeczy przez okno i wydzieranie sobie dziecka było przez chwilę na porządku dziennym. Na szczęście żona wróciła do sąsiada, kiedy skończył się jej urlop.Dziecko płakało, bo było obudzone i wpakowane do samochodu, kiedy wyjeżdżali nad morze. 
A mąż nie dostał urlopu. 

Mimo, że ludzie pod blokiem przechadzają się leniwie, wysiadują na ławkach i opalają się na balkonach... życie towarzyskie kwitnie! Jestem zadziwiona, że z roku na rok nabiera to coraz większego tempa (a ludzie nie robią się młodsi :)

O wszystkich newsach tygodnia dowiedziałam się od całkiem normalnej sąsiadki, właśnie przy tych babeczkach. 
Radzę z nimi uważać, bo lemon curd uwalnia do organizmu żółć! A plucie żółcią i jadem to już tylko krok do tego, żeby stać się takim jak ja :)

poniedziałek, 27 maja 2013

Cupcakes z kremem chałwowym (Dzień Matki na debecie)

Są pewne plusy bycia spłukanym:
Znajomi nie pożyczają od ciebie pieniędzy. Ba! Nawet nie proszą. Omijają cię wszystkie „oddam w następnym miesiącu”. Nie musisz wybierać, czy być dobrą przyjaciółką (i pożyczyć), czy wredną, skąpą suką. Wyjmuję portfel i pokazuję zawartość. Bez oporów.
Ale normalni znajomi zazwyczaj nie pożyczają ode mnie pieniędzy (no dobra, nikt po prostu nie spodziewa się, że ja mogę mieć większe sumy). Inaczej ma się sprawa z żebrakami.
Chcąc nie chcąc, często przechodzę przez centrum łodzi. Kościoły, przejścia podziemne, dworce czy supermarkety, to kopalnie żebraków. i nie mam tu na myśli tych, którzy upieprzeni i na kacu żebrzą, „będę szczery, pani dobrodziejko, na piwo”, ale… tych nachalnych.
Mówisz nie, a oni wciąż za tobą idą. Opowiadają rzewne historie o tym, że „tylko na bułkę, 20 groszy, chociaż”. Zazwyczaj im daję, ale ostatnio mają pecha. Nie dość, że groszem nie śmierdzę, to zaczepiają mnie zawsze, kiedy wracam z uczelni. I, uwierzcie mi, gdybym miała 20 groszy z chęcią zjadłabym bułkę.
Niestety, w ramach oszczędności nie zabieram ze sobą gotówki. Kiedy mam 4 złote zazwyczaj wybieram sen i zamiast wstać wcześniej na tramwaj, zostaję w domu i jadę busikiem za „czy pińdziesiąt”. i właśnie dlatego lepiej, kiedy nie mam nawet 4 złotych :)
Za każdym razem, kiedy doszczętnie bankrutuje staję się bardziej kreatywna. Przypominam sobie, że mam różne, zakurzone sprzęty do parzenia kawy. Zabieram to wszystko do znajomego, który mieszka w domku z tarasem, parzę kawę i siedzimy na zewnątrz. Jeżeli robiłabym to kilka razy w tygodniu i z wieloma osobami, kawiarnie i kluby go-go mogłyby nie istnieć.
Muszę planować. Opracować plany na różne święta, urodziny i inne pierdoły. Nie mogę już skoczyć do sklepu po książkę (serio, każdemu daję w prezencie książki. Mam już prawdziwe profile biblioteczne swoich znajomych). Za to piekę: babeczki, ciasta, mini-torty, ciastka, bezy. Wszystko, co chcecie do 7 złotych.
Tym razem zrobiłam budżetowy prezent na Dzień Matki. Babeczki maślane z kremem chałwowym. Ciasto na babeczki dała mi Gin. Dziękuję Ci, Gin! Fakt, babeczki robi się dziwnie, ale są pyszne.
Składniki na 14 babeczek
Ciasto:
80 g miękkiego masła
60 g cukru
240 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 jajka
250 ml mleka

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, skórką i drobno posiekanym rozmarynem. Partiami dodawać do masy maślanej, miksując na najniższych obrotach.
W drugiej misce ubić jajka, a następnie wymieszać z mlekiem. Powoli wlewać do masy maślanej, miksując na najniższych obrotach, tylko do połączenia składników.
Masę przełożyć do formy na muffiny wyłożonej papilotkami.
Piec w 190 st. C. Przez 18-20 minut.

Krem:
250 ml śmietany kremówki (36% tłuszczu)
150–200g chałwy

Chałwę rozkruszyć na „proszek”. Śmietanę ubić na dość sztywną pianę, następnie dodać chałwę i delikatne wmieszać.
Nakładać na ostudzone babeczki.
Dobrze wyglądają ozdobione dekoracjami z czekolady. 
PS  Nie jestem jeszcze na etapie zarabiania. Wiele osób mówi mi, że powinnam pokazywać cycki za pieniądze. Ale, nie bójcie się! Na razie robię to za darmo. Tutaj.
Co mamy dla mamy? Dzień Matki - 22-29 maja 2013

czwartek, 14 marca 2013

Muffiny brownie z masłem orzechowym (i straszni ludzie)



Uwaga! Dzisiaj mowa o seksie, brudzie i przekleństwach. Wrażliwców proszę o zaopatrzenie się w czarną kartkę, żeby zasłonić tekst.
Nie wiem, czy to powracająca stale zima, czy wiosna (przewidywana), czy to po prostu jakaś zbiorowa choroba psychiczna…
Ludzie! Wy jesteście nienormalni.
Pierwsze: wsiadanie do tramwaju. Coraz częściej widzę osoby, które drą się na pasażerów, że w drzwiach stoją (o 17, obiboki jedne!), albo łapią się w nieodpowiednich miejscach. I tak właśnie zostałam opierdzielona w tym tygodniu już kilka razy. Jako, że mam „metr pięćdziesiąt w kapeluszu” dostało mi się nawet za to, że trzymam się poręczy foteli, bo do tych sufitowych nie dosięgam.
I, żeby nie było: to była osoba w wieku, po którym nie spodziewałabym się takiego zachowania. Taki niby rozsądny 40-latek, a okrasił piękne złożone zdanie „kurwami” i „ja pierdolę’ami”.
Drugie: seks. Może ja za głupia jestem, może nie poczułam okresu godowego, nie widzę wiosny, więc to troszeczkę mnie zmyliło. Ale żeby wszędzie łapać swoje dziewczyny za tyłki? Ostatnio sikałam sobie beztrosko przy akompaniamencie dwóch ciumkających osób z toalety obok. I to naprawdę jest obrzydliwe, bo wtedy, o 18:30 kible uczelniane są brudne, klamki lepią się tak, że strach dotknąć gołą ręką. A dwie osoby w tak obrzydliwych warunkach po prostu uprawiały seks. No genialnie, romantyczny zew natury. Mam nadzieję, że nabawili się nowego ekosystemu na genitaliach.
Trzecie: narzekanie na pogodę. Teraz coś o mnie. Stoję sobie ja, w sukience, trzy pary cienkich rajstop. Czekam. Czekam. Czekam. Muszę iść do sklepu, bo zrobiłam się strasznie głodna. W tym czasie tramwaj zdążył przyjechać i odjechać. Tak, tak, beze mnie. Czekam więc dalej. Po 40 minutach zamarzły mi nogi, zaczynam kucać, ale to też niewiele pomaga. W końcu wsiadam, dojeżdżam i jestem w domu. Od progu skarżę się na to, że zamarzłam, że chyba mam gorączkę i trzęsę się jeszcze przez godzinę. Ale ja muszę wkurwiać ludzi.
Ale ja wiem, wybaczam wszystkim, a szczególnie sobie. Ledwo wiosnę poczuliśmy, a tutaj już zima. 

Na pocieszenie: idealne muffiny brownie z masłem orzechowym. Są świetne!
Przepis na 8 muffinek:
100g czekolady
70g masła
130g mąki pszennej pełnoziarnistej
50g cukru
100ml mleka
1 jajko
8 łyżek masła orzechowego
Czekoladę posiekać, rozpuścić razem z masłem na małym ogniu. Zdjąć z ognia i studzić przez kilkanaście minut. Po tym czasie wymieszać z mlekiem i jajkiem.
Mąkę wymieszać z cukrem, następnie stopniowo dodawać płynne składniki. Jeżeli ciasto nie jest półpłynne dodaj więcej mleka.
Ciasto przełożyć do foremek i dodać na wierzch po łyżce masła orzechowego.
Piec w temperaturze 180 C przez 10–15 minut.
Inspiracją do przepisu było brownie Maggie.

piątek, 8 lutego 2013

Czekoladowe muffiny z twarogiem i musem owocowym


Po sernikobrownie zostało mi trochę składników. Recykling w kuchni to bardzo dobra rzecz, więc jeżeli zostanie Wam trochę sera po sernikach, albo deserach polecam zrobienie muffinek. Można do tego użyć mascarpone, ricotty... Ale wiecie, to takie zagraniczne, wstrętne i straszne!
Żeby nie być posądzonym o brak patriotyzmu najlepiej użyć mielonego sera. Od polskiej krowy pasionej na polskiej łące. Ah, nie zapominajmy o trawie! Musi być nawożona polskim nawozem.
Za radykalny patriotyzm podziękujcie mojemu znajomemu, który zarzucił mi, że jestem antypolska. Podobno, jeżeli nie kocha się polskiego jedzenia, nie kocha się też własnej ojczyzny.

Składniki na 6 babeczek:
1 szklanka mąki pszennej
1/4 szklanki kakao
1/4 szklanki cukru
1/4 szklanki otrąb pszennych
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3–4 łyżki oleju rzepakowego
1/2 szklanki mleka
1 jajko
6 czubatych łyżek sera z sernika*
6 łyżeczek zmiksowanych z cukrem owoców
Mąkę przesiać do dużej miski, wymieszać z proszkiem do pieczenia, kakao, cukrem i otrębami. 
W drugiej misce wymieszać jajko, mleko i olej.
Dodać mokre składniki do suchym i szybko, niezbyt dokładnie wymieszać. Jeżeli płynów jest za mało dodać więcej mleka.
Przygotować foremki na babeczki. W każdą wlać kolejno: 2 łyżki ciasta, 1 łyżkę sera, łyżeczkę musu. Ciasto, które zostanie rozłożyć na wierzch babeczek.
Piec w 190 C przez 25–30 minut.

* Możecie użyć trzykrotnie zmielonego sera twarogowego wymieszanego z odrobiną mleka i cukrem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...